02.08.2020r.
„Bóg musi mieć dwa nasze obrazy: jeden – jacy jesteśmy, a drugi – jacy powinniśmy być”
abp. Fulton J. Sheen „Maryja. Pierwsza miłość świata”
Dosyć często wspominam o tym, że lubię pracować nad sobą, bo lubię od siebie wymagać. Całkiem niedawno dostrzegłam, że nie dla każdego, to czymś naturalnym, ponieważ wymagając od siebie, wymagam również od drugiego człowieka. A to najczęściej prowadzi do poróżnienia. Zmian tych staram się dokonywać, w takich przestrzeniach mojego życia, które uważam za niezbędne do podszlifowania. Które dokuczają nie tylko mi, ale i bliskim. Zdaję sobie sprawę, że z różnym efektem. Są takie, które przychodzą bez problemu, są też takie, do których boję się zabrać. Natomiast jedno jest pewne, na każdą z nich potrzeba różnego wysiłku i czasu, by móc dostrzec owoce.
„Wymagajcie od siebie, choćby inny od Was nie wymagali” Jan Paweł II
I wcale nie mowa o zmianach, które mają spowodować, że dostosuję się do oczekiwań każdego człowieka spotkanego na mojej drodze. Pomijając fakt, że nie jest to możliwe, to z pewnością sprawi, że przestanę siebie akceptować, taką jaka jestem. Wiem, bo kiedyś starałam się sprostać oczekiwaniom pewnych osób. I gdy tylko miałam możliwość wyrazić swoje zdanie, inne od tego niż się spodziewano, podarowano mi odrzucenie.
Kiedy próbujemy się wbić w otoczenie, przestajemy się wyróżniać. A wiem już (z pewnością dzięki tym doświadczeniom), że ja jednak szalenie lubię swoją inność. To czyni mnie wyjątkową. To sprawia, że nie chcę ulegać ograniczeniom, czy opiniom innych, choćby za cenę zranień. Bo takie będą i tego nie uniknie nikt. Jednak, będąc ze sobą w zgodzie nauczymy się szanować odmienność drugiego.
„A Bóg wszelkiej łaski, Ten który, was powołał do wiecznej swojej chwały w Chrystusie, gdy trochę pocierpicie, sam was udoskonali, utwierdzi, umocni i ugruntuje” 1P 5,10
To, że wymagam od siebie, absolutnie nie umniejsza mojej osobie. Nie sprawia, że „przestaję być sobą”. Że trwając, w relacji z kimś, powiem „taka jestem i taka będę”. Ponieważ mając rozum i używając jego sama dostrzegam, kiedy ranię, a jeśli nie dostrzegam staram się odszukać jego źródła, mając otwarte uszy serca na cierpienie najbliższych. To stanowi prawdę o nas, i o tym, że nie jesteśmy samolubnymi istotami, ponieważ otaczają nas ludzie, żyjemy we wspólnocie.
Jednak są też zmiany, które wymagają drastycznych kroków. Często wbrew naszym przekonaniom. Zmiany, które powodują, że musimy postawić mur, gdy ktoś przekracza granice naszych wytrzymałości. I to jest naturalne. Kto ma zawalczyć o nasze szczęście, jeśli nie my sami?!
- Znasz swoje granice?! Potrafisz powiedzieć „dosyć”?! Jeśli nie, to czy nadal chcesz w tym trwać, czy poszukujesz drogi ewakuacyjnej?!
- Czym jest dla Ciebie praca nad sobą, swoimi przyzwyczajeniami, nawykami?
- Uważasz, że ma to sens?
- Szybko się poddajesz, nie dostrzegając efektów?
Zmiany są, wpisane w przeżywanie naszej codzienności. Przecież każdy z nas dąży do ideału samego siebie. Mamy w świadomości własne słabe punkty oraz to, czy są do zaakceptowania, czy też warto podjąć trud pracy nad nimi. I taka jest kolej rzeczy. Nie umniejsza to, nam w żadnym razie. Mam nieodparte wrażenie, że świat trochę zamazuje nam te ideały, że mówi nam, że mamy żyć tu i teraz, a jeśli coś wymaga wysiłku to, nie warto się poświęcać, nie warto walczyć. A droga do tego, by się poddać już coraz bardziej na wyciągnięcie ręki.
„Pragniemy, by każdy z was okazywał te samą gorliwość w doskonaleniu nadziei aż do końca” Hbr 6,11
Sięgając po książkę abp Fultona J. Sheena spodziewałam się, że będzie wymagająca. To był dobry krok, by aktualizować swoją duszę, po tym jak jej system zaczął się zawieszać. Dowiedziałam się, że mówienie o swoich słabościach i chęć wypełnienia, tych które są faktycznie chwastami wymaga odwagi.
Niesamowita jest moja naiwność uważająca, że ta cecha jest naturalna dla znacznej większości. Owszem dla większości bliskich mi osób, nie jest to obcy system wartościowania. Natomiast wielkim odkryciem dla mnie było, że inni nie wchodzą głębiej, chodzą jakby po powierzchni własnej tożsamości.
- Czy to lęk przed nieznanymi głębinami duszy, obawa, że zanurzając się w tym, nie odnajdą wystarczająco dużo siły, by móc wydostać się, aby zaczerpnąć tlenu ?!
Osobiście podchodzę do odkrywania siebie i drugiego człowieka, na którym mi zależy, jak do przygody, bez źdźbła stygmatyzowania, że człowiek się nie zmienia. Że poznając jego cechę, można spodziewać się tych samych reakcji, że wszystko jest takie przewidywalne. Jakież to niemądre stwierdzić „już ja ciebie znam”. Tylko jest jedno „ale”, jeśli we mnie naturalnie dokonuje się aktualizacja (nierzadko z powodu przykrości, które trwają), a w drugim nie, to należy zadać sobie pytanie, czy chcę, i czy warto tu, gdzie się znajduję (zarówno dla siebie jak i dla kogoś), dojrzewać i tracić siebie, by ktoś mógł zyskać.
O tym pisze abp. Sheen jako o procesie, który nic mi nie zabiera ponieważ oddaje go, w wolności serca, z miłości.
Życzę Ci:
Wiary, która uleczy Twoje poranione serce!
Nadziei, która trwa do końca!
Miłości, która sprawi, że uniesiesz się do góry!
Do posłuchania:
https://youtu.be/Kn8e9qnwR4U
Miłość i moc!
Aga
