Misja życia!

18.04.2019r.


„I musisz wybrać to odpowiednie, to Twój czas”

Tkwię w takim punkcie swojego istnienia, który prowokuje do ciągłej konfrontacji przed sobą samą. Nawet słuchając muzyki, czytając książki, rozmawiając z ludźmi nieustannie słyszę to samo pytanie, które natrętnie żąda ode mnie odpowiedzi: „po co ja tu jestem”?! I choć bywam z reguły aktywnym człowiekiem, starającym się nieść pomoc tam, gdzie jest ona potrzebna, miewam dni pełne zadumy, które potrzebują jedynie Jego obecności. To Boża obecność dodaje mi optymizmu, pokoju serca, zrozumienia, cierpliwości również do siebie, i chęć niesienia innym uśmiechu i głoszenia hasła „niebawem Zmartwychwstanie” i to dosłownie:) A dzień taki jak dziś, Wielki Czwartek, jest dniem, który Jezus ukazuje, że pełnia miłości ujawnia się w SŁUŻBIE. Może zabrzmi to banalnie, ale właśnie wczoraj, gdy próbowałam 2,5 letniemu dziecku wyjaśnić, czym jest Wielki Czwartek i symbol umywania stóp, trzymałam w dłoniach jego stopy i obcinałam jemu paznokcie. Zrozumiałam po raz kolejny, że to jest MIŁOŚĆ w służbie, i że naprawdę to są wielkie rzeczy, do który zostaliśmy powołani. Nie trzeba od razu wyjeżdżać na misje, w świat daleki, by głosić z Bożą mocą swoją codzienność, pełną zachwytu. I moja radość z wykonywanych obowiązków, z tworzenia tego bloga, z rozwijania pasji ma za zadanie nieść ludziom świadectwo:

„Czyż nie wiecie, że ciało wasze jest świątynią Ducha  Świętego, który w was jest, a którego macie od Boga” 1Kor 6, 19

Dlatego ważne jest, aby moje i twoje spełnienie z życia udzielało się innym. Mamy misję, a ona nie może kręcić się jedynie wokół osi moich pragnień, chodzi o to, by umiejętnie się nimi dzielić, wskazując zawsze na Boga jako „sprawcę chcenia i działania” Flp 2,13.

Czy mam świadomość, że moją misją jako katolika jest głosić „w porę i nie w porę”? 2Tm 4,2 Odnalezienie swojej misji jest trudnym zadaniem. Wymaga na pozór prostej czynności, czyli wejścia w głębiny swojego serca. Jednak najtrudniej jest przyjąć te prawdy, które są oczywiste. Najtrudniej dlatego, że nad ich istotą już dawno przestaliśmy się zastanawiać.

„Myślcie o Panu zawsze właściwie i szukajcie Go w prostocie serca” Mdr 1,1

Odnalezienie swoich priorytetów ułatwi dążenie do spełnienia własnej i niepowtarzalnej misji. Nakierują one moje przyszłe życie, przyszłe wybory, moje postępy, zachowania, nawyki. Staną się czymś co sprawi, że ani na chwilę nie stanę w miejscu. Misja każdego z nas jest inna, zaskakująco wyjątkowa i niepowtarzalna. I absolutnie nigdy lepsza, czy gorsza od innych!

Każdego dnia staram się odnajdywać sens tego pielgrzymowania. I nie jest to łatwe, gdy pragnienia serca często „żądają” czegoś innego  do zdobycia. Z soboty na niedzielę (13-14.04) wraz z dwiema dzielnymi niewiastami (dziękuję Wiola i Emilka ❤ ) wzięłam udział w Ekstremalnej Drodze Krzyżowej. Było to moje trzecie doświadczenie takiej formy bliskości z Ukrzyżowanym Jezusem. Cała trasa wynosiła 48km, wyruszyłyśmy ok. godz. 22:30. Czas milczenia, modlitwy, zadumy i rozmyślań, który towarzyszył tej nocy i tego ranka, był intensywny. Wierzę, że owoce będą równie obfite. Pod koniec drogi krzyżowej – moje ostatnie 5km trasy- był ból, zaciskanie zębów i łzy, a wysiłek fizyczny przejął, w pewnym momencie kontrolę, nad pragnieniem dotarcia do stacji końcowej. Walka nad moim „ja” była zacięta. Doszłam do stacji 11, Ukrzyżowanie Pana Jezusa i zrozumiałam, że już kolejne stacje będą moją samotną wędrówką. Dziewczyny przemierzały kolejny odcinek, a ja kierowałam się w stronę przystanku autobusowego (ok. 36km, godz. 7:15). Nie jest łatwo zrezygnować, gdy do końca zostało tylko 3 stacje, gdy w głowie słyszysz, „po co ci to było”. Tak, jestem słaba, ale wybór w pełni należał do mnie. Choć dziewczyny przemarznięte i obolałe śmiejąc się przez łzy szły dalej, ja nie byłam w stanie. Rozmawiając później z kolegą, o tym co się wydarzyło i jak się czuję z tym, że nie dotarłam do celu, poczułam ogromną ulgę, słysząc od niego, że każdy nasz wybór ma sens, bo każdy z nas ma swoją własną drogę krzyżową i swój własny krzyż. Uświadomił mnie, że odpuszczenie walki, która jest nielogiczna, również wbrew innym jest pokonaniem siebie i potrzeba wielkiej odwagi, by wybrać samemu.

Jezus cierpiał męki, to ja nie dam rady?! No właśnie nie, bo to On Zbawił świat, a ja nie jestem w stanie znieść tyle ile On. Odnoszę wrażenie, że to cierpienie duchowe, które przeżywałam rezygnując z dalszej wędrówki wcale nie było mniejsze, od tego fizycznego, które spowodowałoby uszczerbek na zdrowiu. Za ogromną łaskę uważam daną mi możliwość wyboru, w miejscu znajdującym się przystanek od miejsca zamieszkania (nie znałam trasy, nie ja ją wybierałam). Oczywiście uwzględniając przy tym dojście do przystanku i z przystanku (ok 2km)

Od Jezusa mogę się nauczyć jak zrobić misję ze swojego życia. Jezus ma misję, bo wolą Jego Ojca jest, aby mówił o Ojcu, pokazywał na Niego i uczył o Nim. Oto cała Jego misja. I do wypełniania tego, wpisuje się całe Jego życie! „Kto słucha mnie, słucha Ojca”.

Taka ciekawostka: rolą ucznia, w czasach Jezusa było trwać 24h przy nauczycielu, uczyć się jego oraz naśladować go i słuchać.

  • Ile czasu poświęcam, by przebywać w Jego obecności?
  • Czy staram się Jego poznać, poprzez rozważanie tak bardzo ludzkich zachowań Jezusa, które są zapisane w Piśmie Świętym?
  • Czy to naśladowanie nie jest jakąś abstrakcją według mnie samego?
  • W naszym życiu musi być czas i miejsce na Wielki Piątek i Wielką Niedzielę. Bywają trudne momenty, jak podczas drogi krzyżowej, w których trzeci i kolejny upadek prowokują do tego, by wgryźć się w glebę, rozpaczać i tak pozostać. Bywają też takie dni, które rozbłyskują w tej przerażającej ciemności niosąc nadzieję i sens życia, dni takie jak Niedziela Zmartwychwstania. Jednak, by do tego doszło musimy pogodzić się z własnym obumieraniem, czyli z własnym grzechem i własną słabością.

Zmartwychwstanie odmieni każdego, kto zrozumie, że musi być Wielki Piątek i Wielka Niedziela. Tego drugiego nie ma bez tego pierwszego! Historia Zmartwychwstania Jezusa, nie jest jakąś tam baśnią z morałem, czy opowieścią, która tak sobie powstała z okazji świąt.

Zadanie do wykonania: Postaraj się spisać misję swojego życia 🙂

Życzę z głębokości serca:
Miłości – Wielkiego Czwartku
Wiary – Wielkiego Piątku
Nadziei – Wielkiej Soboty
Radości – Wielkiej Niedzieli

do posłuchania:
https://youtu.be/QKRqW0iFgxU

Miłość i Moc!
Aga ❤

Jak siebie samego!

29.03.2019r.

„Będziesz miłował swojego bliźniego, a nieprzyjaciela będziesz nienawidził”

Dziś pragnę poświęcić chwilę najważniejszej relacji w naszym życiu (zaraz po relacji Ja – Bóg), która odgrywa znaczącą rolę na płaszczyźnie wszelkich stosunków z drugim człowiekiem, mowa o więzi JA vs. JA.

Potrafimy kochać przyjaciół, cieszymy się, gdy ich widzimy, chętnie im pomagamy, zawsze odbieramy od nich telefon, staramy się być do ich dyspozycji w miarę naszych możliwości, najogólniej mówiąc dbamy o tę relację. Wiemy również  jakim należałoby być przyjacielem. Wiemy jak postępować, a jak nie względem niego. Natomiast trudno jest tworzyć relację z tymi, których nie darzymy sympatią, unikamy z nimi kontaktu. Takie osoby nie są wrogiem, ale do grona przyjaciół też zdecydowanie ich nie zaliczamy.

  • A czy jestem dziś PRZYJACIELEM dla samego siebie?!
  • Czy dbam o tę relację?!
  • Czy odbieram siebie jak przyjaciela, czyli jak kogoś kto chce dla ciebie najlepiej?!
  • A może dostrzegam w sobie NIEprzyjaciela?!

 Nie, że nienawidzę siebie, ale (NIE)widzę, nie zauważam, unikam.
Łatwo rezygnujemy z własnych potrzeb na rzecz bliskich nam osób. I ma to dobre i złe odniesienie do rzeczywistości. Gdy podejmujemy się dodatkowych czynności, to z jednej strony jest radość z pełnionej posługi i możemy odhaczyć kolejny dobry uczynek, a widząc czyjś uśmiech, to już w ogóle +100 punktów do podniesienia własnej samooceny i poczucia własnej wartości. Z drugiej strony, jeśli potrzeby innych są dla nas ważniejsze, a my nie potrafimy nazwać po imieniu własnych to będą budziły się frustracje, m.in. dlatego, że nie potrafimy powiedzieć „nie”, gdy w danym momencie    organizm domaga się więcej snu, regeneracji, czasu dla siebie itp. Natomiast warto przyjrzeć się temu, że to nie w drugim człowieku tkwi moja WARTOŚĆ, a we mnie samym. Jednak w drogę do odkrywania tego należy się przygotować, bo droga ta wymaga poświęcenia i skupienia uwagi na sobie i swoich pragnieniach… a to już wyższy poziom, ponieważ to drugiego człowieka stawiamy ponad siebie. Pomagając ponad wszystko nie zbawisz świata, nie jest to w niczyjej mocy, Jezus tego dokonał raz, a porządnie . Nie jest w naszej mocy uszczęśliwianie każdego, kto o to poprosi.

„A ja wam mówię, miłuj swoich nieprzyjaciół” Mt 5,44
Bóg dziś szczególnie zaprasza ciebie do zdrowej miłości siebie. Do traktowania siebie jak przyjaciela. Jak kogoś kto jest dla ciebie najważniejszy, jak kogoś, kogo poznawanie przynosi radość i zrozumienie. W towarzystwie, którym lubisz spędzać każdą wolną chwilę.

 „Kochaj bliźniego swego, jak siebie samego
Trudno kochać siebie! Łatwo przychodzi porównywać się do innych, a tak trudno żyć w zgodzie ze samym sobą.  Często widząc jakieś zdarzenie w życiu bliskich, łatwo znajdujemy idealne rozwiązanie do danej sytuacji, by pomóc z niego wybrnąć.

  • Gdy podobna sytuacja spotyka mnie, dlaczego ta mądrość, gdzieś umyka?!
  • Dlaczego nie potrafię słuchać siebie?!
  • Gdy popełniam błąd, dopada mnie złość, gdzie wtedy miłość do siebie?! Dlaczego zabijam siebie?

Przecież siódme Przykazanie Boże wyraźnie mówi: „Nie zabijaj”. Wpędzając się w obwinianie to, że nie jestem wystarczająco dobry powoduje, że zabijam przez  pryzmat oczekiwań względem siebie.
Prośmy Boga o zdrową relację z samym sobą, by zdrowo siebie widzieć i chronić, nie pozwolić niszczyć. Prośmy o łaskę poznawania siebie w oparciu o Słowo Boże, o żywą relację z Chrystusem.

Tak jak pisałam we wpisie: „O błogosławionej samotności” link – jest ona cudownym czasem poznawania siebie, z większą świadomością, ze świeżością i otwartością umysłu, ale przede wszystkim z chęcią do dokonywania zmian w postawach, zachowaniach, przyzwyczajeniach, czy nawykach. Odkrywanie siebie sprawia tak wiele frajdy, ale wiele też wymaga! Bóg z delikatnością i szacunkiem uzdrawia mój pokręcony obraz samej siebie.  Każdego dnia przekonuje, że nie muszę być idealna, abym mogła być szczęsliwa.

„Dziś jest czas gromadzenia”

Wierzę, że ten stan jest tymczasowy. Ufam, że Bóg uzdalnia mnie właśnie teraz do nieprzemijającej relacji. A miłość przyjdzie w odpowiednim czasie, odpowiednim według Jego zamysłu.  Codziennie doświadczam tego, że ten czas jest błogosławieństwem. Staram się wycisnąć z niego jak najwięcej dobrego, pozbywając się goryczy. Znam swoje powołanie. Odkrywam siebie nieustannie, wydaję mi się, że mam ułatwione zadanie jako wolny ptak 🙂 mogąc konfrontować wszystko przed kierownikiem duchowym. Mogę skupić się na tym co istotne, zawalczyć o relację ze sobą. Mogę poznać swoje mocne strony, jednocześnie zaakceptować te słabe i obrócić je w dobro. Znając swoją wartość w Jego oczach, jest łatwiej to wszystko co niezrozumiałe znosić.

Zdecydowanie: „Królestwo moje nie  jest z tego świata!” J 18, 36

Głos powołania nam mówi, że nie jesteśmy po coś dla kogoś, ale jesteśmy po to, aby odkryć najpierw SIEBIE, żeby SIEBIE poznać, zagłębić się w sobie, poznawać swoje życie, aby siebie pokochać.
Jak masz kochać kogoś kogo nie znasz?! Ale chodzi też o naśladowanie Boga, o troszczenie się o siebie na podstawie więzi z Bogiem, by odkryć Jego Miłość do mnie i z zachwytem dzielić się nią dalej, szerzej i głębiej.

„Raz po raz trzeba najpierw dotrzeć do samego siebie, zanim dotrze się do kogokolwiek”
o. Augustyn Pelanowski

Życzę Wam Kochani otwartości na anioła lub na człowieka o usposobieniu anioła, którego stawia na naszej drodze sam Bóg po to, aby pomógł nam odnaleźć drogę do relacji ze sobą!

do posłuchania:
StronaB – Klaudia dobrze, że jesteś, dzięki za Twoją wrażliwą twórczość! ❤
https://youtu.be/T182gc1zGmw

 

Miłość i Moc! ❤

Aga

Bóg Ojciec – Terapia Miłością

10.03.2019r.

„Dzisiaj w tym dziwnym świecie dobrze wiedzieć , że ktoś Cię kocha przecież”

„Jeśli jesteś Synem Bożym…” (Łk 4, 1-13) to dlaczego spotykają cię trudności, dlaczego Bóg dopuszcza w Twoim życiu cierpienia, ”jeśli jesteś Synem Bożym”, czyż nie powinieneś tego co boli nie doświadczać! Szatan próbuje być przebiegły w życiu każdego z nas, w moim i Twoim życiu nie szczędzi zmartwień. Mało tego, samego Jezusa próbował podejść. Najważniejsze jednak w tym, jest Jego zwycięstwo, to na nim  powinniśmy skupiać swoją uwagę. Pod przysłowiową „górkę” jest każdemu z nas, natomiast jaki sens jest skupiać się na utrudnieniach, jeśli pragniemy zdobyć szczyt?! Istotne jest skupianie uwagi na przeszkodach, ale jedynie po to, by zdobyć wiedzę i umiejętności do pokonywania ich.

  • Czy czuję się Córką/ Synem Boga?
  • Jeśli nie, dlaczego?
  • Co mam czynić, jeśli nie potrafię otworzyć serca?

„Niech moją ofiarą będzie duch skruszony, bo Ty, Boże,
sercem skruszonym i bolejącym nie gardzisz.”
Ps 51, 19

Jeśli czujesz się pogubiony, spróbuj zajrzeć i rozważyć  Przypowieść o synu marnotrawnym, by móc odnaleźć Bożą Ojcowską Miłość (Łk 15, 11-32), mając przed oczami również obraz Rembrandta „Ojciec miłosierny”. Osobiście myślałam, że jak już raz mnie poruszyło, to więcej do mnie nie trafi. Na szczęście Bóg wykorzystuje i odświeża w nas to, co już znane, by uniknąć skostnienia. I tym razem powalił mnie na kolana, gdy czytałam książkę Mój ojciec mnie boli! Uleczyć „ranę ojca” autor: Joel Pralong (dzięki Olu! ❤ ). Jeśli dzisiejszy wpis choć trochę poruszy Twoje serce, koniecznie zapoznaj się z tą lekturą.

Miłość Ojca jest zakrzywiona, gdzieś głęboko  w naszych głowach z powodu ludzkiej, nieidealnej miłości, której doświadczyliśmy, nadal doświadczamy w naszych domach. Matka i ojciec tu na ziemi stanowią dla nas przedsionek Miłości Boga. Nie są jej pełnią, ale ich zadaniem jest kochać bezwarunkowo, bezinteresownie. To bardzo często na tej podstawie odwracamy się od Boga, nie ufając w Jego Miłosierną Miłość, bo kochano nas warunkowo, nadopiekuńczo, bez czułości, bez afirmacji, wypominając błędy, przewinienia itp. Dopuszczając się tego zupełnie nieświadomie. W nas jednak tkwią pozostałości, zranienia, które rzeczywiście uleczyć jest w stanie JEDYNA PEŁNIA MIŁOŚCI – BÓG OJCIEC.

Bóg obiecuje „będę z tobą… wszędzie”
(Rdz 28, 15; Joz 1,6 i 1,9; Wj 4,12 i 7,1-2)

Głębokie wzruszenie Ojca z Przypowieści o synu marnotrawnym oznacza bezwarunkową miłość, której nie potrafimy zrozumieć i przyjąć. I w tej bezwarunkowej miłości, powinniśmy nauczyć się rozróżniać osobę od sytuacji. Pamiętając, że ciebie kocham i kochać będę zawsze, a nie znoszę twoich zachowań. Warto mieć przed oczami, że grzech jest tym, co oddala mnie Ojca, ale i w nas samych powoduje zagubienie, utratę tożsamości synów i córek Ojca. Ciąży tak mocno, że prowadzi do konfliktu pomiędzy stwórczą mocą Boga a moim niezdrowym skupianiu się na własnym nieszczęściu. (Rz 7,15-24). Tak jak w podanej powyżej przypowieści, jeśli skupimy uwagę na grzechu i odejściu syna, nie zauważamy Miłości Ojca i przyklejamy sobie oskarżającą łatkę „marnotrawnej córki/ marnotrawnego syna”. Jeśli zaś przyjrzymy się Ojcu otrzymujemy pokój serca, Jego otwarte ramiona, także to nieustanne oczekiwanie na mój powrót, prowokujące do zmiany postępowania, rozpala płomień Miłości. Każdy z nas pragnie być kochanym. Nawet, jeśli  zatracę kruchość swojego sumienia i będę wykorzystywać tę Jego dobroć, On nie przestanie mnie kochać, wychodzić naprzeciw mnie. Błogosławiona świadomość, że KTOŚ zawsze na mnie czeka.

Sercem mojej relacji zaufania z Ojcem jest modlitwa. W tym zaufaniu mam się dniami i nocami ćwiczyć, jak spadochroniarz, który trenuje skok w pustkę, jako ogień prób i doświadczeń. Mam rzucić się w Miłość. Wzywać Jego interwencji, gdy już mam dosyć swojej ciemności, swojego kurzu na oczach, jak niewidomy Bartymeusz (Mk, 46-52). Krzyczał choć próbowali go zagłuszyć, Jezus nie tylko przywołał go do siebie, ale i poprosił, aby opowiedział swoją historię, aby zajrzał do głębin serca i ujawnił również przed samym sobą, czego naprawdę pragnie jego serce, na czym polega jego cierpienie: „żebym przejrzał” gr. anablepo, znaczy „widzieć więcej”. Uzdrawiająca moc wiary i ufności. Ufność w Bogu buduje zaufanie do siebie samego, daje pewność do pokonywania swoich lęków, nieśmiałości, niepewności. Bóg leczy z niepewności, która jest związana z tzw. „raną ojca”, z obaw przed osądzeniem, krytyką, przed tym, że nie uda mi się. Widzieć wyżej to, tak naprawdę wesprzeć się na Ojcu.

Więź, która jest oparta na głębokiej ufności, nie na poczuciu naruszania prawa, wypełnia to, czym jest dziś dla nas rachunek sumienia oraz sakrament pokuty i pojednania. Więź z Bogiem – Tatą pokazuje jak dokonywać wyboru, nie w oparciu o to, co dozwolone, a co wzbronione, ale na zgodzie z głosem własnego sumienia, które jest echem głosu troszczącego się Ojca.

Tylko duchowe dziecięctwo pozwala, by Tatuś nas „oswoił”  (J 1,12)

Proś Tatusia o to, by nauczył, że z WIARĄ niemożliwe stanie się możliwe.
Proś Tatusia o to, by nauczył dostrzegać i przyjąć Jego Miłosierną MIŁOŚĆ.
Proś Tatusia o to, by nauczył NADZIEI wypełnionej po brzegi cierpliwością i łagodnością.

 

Do posłuchania:
https://youtu.be/znyoUmbayBs

Miłość i Moc! ❤
Aga

Nieidealnie

24.02.2019r.


„Moc bowiem w słabości się doskonali”
2Kor 12,9

Nieidealnie mi, nieidealnie Tobie, nieidealnie również ludziom, którym znamy… Naprawdę każdy z nas przechodzi w życiu swoją ciężką wędrówkę, zmaga się ze swoimi słabościami. Napotykane trudności są często nie do ogarnięcia. I to ciągle zadawane pytanie, bez odpowiedzi „dlaczego ja?”. Dlaczego!? Dlatego, by wreszcie docenić, że ta trudność ma za zadanie mnie wzmocnić i ukształtować, że po niej czeka mnóstwo radości, satysfakcji, z otrzymanej siły do pokonania jej.

„Moc bowiem w słabości się doskonali” 2Kor 12,9
„Bo w ogniu doświadcza się złoto, a ludzi miłych Bogu w piecu utrapienia” Syr 2,5

I pragnę mieć zawsze przed oczami, że właśnie tę siłę otrzymałam od Boga całkowicie za darmo. On nieustannie przypomina mi, że zawsze jest przy mnie i pragnie mojego szczęścia, że jeśli tylko zaufam ofiaruje mi jeszcze obficiej. Wystarczy, że tylko podziękuję Mu za to, co dotąd uczynił. To tak niewiele, a sprawia tyle trudności. I zdecydowanie nie są to puste słowa. To co przeżywam, to co przeżywasz Ty, wie tylko On. Choć jest właśnie nieidealnie, mam przestrzeń, by zacząć nad tym pracować. I to nie jest tak, że „a co ty możesz wiedzieć o trudnościach?!”. Nie wiem skąd tyle w nas pychy, by raczyć takimi tekstami ludzi w potrzebie, przecież każdy z nas, czy to zmęczenie, czy jakieś doświadczenie przeżywa zupełnie inaczej, dla każdego te same problemy mają inną wagę. Jesteśmy przecież od siebie tak różni. Mi osobiście trudność sprawiają m.in. sprawy administracyjne, gdy tylko przychodzi się z nimi zmierzyć, uruchamia się we mnie, tak wielka niemoc, że klękajcie narody. Dlaczego wtedy, gdy ktoś się przed nami otwiera i mówi, o swoich słabościach, uzewnętrznia się (co znaczy, że nam ufa) tak łatwo oceniamy, dajemy złote rady, a on oczekuje jedynie naszej obecności, uśmiechu, zrozumienia.

  • Dlaczego tak łatwo dajemy się wkręcić we własną nieomylność, wszechwiedzę?
  • I czy to faktycznie pomaga w relacji?
  • A może powoduje blokady, tak wielkie, że w kolejnych trudnościach, ktoś nie będzie potrafił ponownie się otworzyć?

Warto czasami ugryźć się za język. I czy nie byłoby, o wiele lepszym rozwiązaniem doceniać to, w czym jesteśmy mocni? Jakie to byłoby piękne! Tak jesteśmy słabi, ale adorowanie niemocy wyzwala w nas negatywne odczucia, a w konsekwencji reakcje. A przecież zostaliśmy stworzeni do czynienie dobra! A przecież tyle dobra dookoła nas!

  • Czy staram się go dostrzegać?
  • A gdy dostrzegę, czy potrafię się tym podzielić?

Nie jest oczywistym, to za co kogoś cenisz, za co kochasz. Oczywiste dla mnie, nie równa się, oczywiste dla Ciebie i odwrotnie. Jeśli wypowiesz dobre słowo w Tobie będzie ono przez chwilę, a w drugim nawet całe życie. Ktoś zawsze wygląda świetnie, a Ty tego nie potrafisz z siebie wydusić. Ktoś fantastycznie śpiewa, a Ty zachowujesz to dla siebie. Może ktoś gotuje najlepszą pomidorową lub lepi najlepsze pierogi jakie w życiu jadłeś. Pięknie rysuje, uśmiecha się, sprząta, tańczy, bezpiecznie prowadzi auto… mogę wymieniać w nieskończoność, ale czy potrafię wprowadzić w życie?! Robię to nieidealnie, ale staram się. Upadam i znowu się podnoszę. Naszym celem jest świętość, nie idealność. Wierzę, że w tej niedoskonałości Jezus pragnie jeszcze bardziej przebywać i cieszy się z drobnych postępów, jak rodzic dziecka, które zaczyna stawiać pierwsze kroki.

„A Bóg widział, że wszystko, co uczynił, było bardzo dobre.” Rdz 1,31
bo… „Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył”  Rdz 1, 27

Ta nasza nieidealność, przysłania nam dobro i przybiera imiona siedmiu grzechów głównych: pycha, chciwość, nieczystość, zazdrość, nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu, gniew, lenistwo.
Warto uświadomić sobie częściej niż zdarza się to czynić, że one ranią bliskie nam osoby, które kochamy, ale przede wszystkim ranią naszego ducha bojaźni Bożej. Stajemy się obojętni, przestajemy kształtować swoje sumienia, a wiara… gdy grzech nami rządzi, nie ma tu miejsca na wiarę. Niepielęgnowana relacja staje się kulą u nogi, a chodzenie do kościoła, jest tylko chodzeniem do kościoła, a nie spotkaniem z żywym Bogiem w Eucharystii. Przez co z łatwością przychodzi nam tłumaczenie się i wybielanie z nieodpowiedniego postępowania. Ale o tym napiszę może innym razem.

„W bojaźni Pana jest pewna nadzieja, dla synów swoich jest On ucieczką. Źródłem życia jest bojaźń Pańska, by sideł śmierci uniknąć.”
Prz 14, 26-27

Dlatego wiara ma sens, głębszy niż nam się niekiedy wydaje. Jezus pragnie dawać pokój, ukazywać, że choć nieidealne, to życie każdego z nas ma wielką wartość.
Dlaczego tak często, na tego, na którego patrzymy, patrzymy w kolorach tęczy. Zupełnie nie licząc się z tym, zapominając, że on również przeżywa trudności, jakich zapewne byśmy, nie zdołali unieść. Idealizując jego życie, a swoje sprowadzając do barw szarości.

„Nie dziwię się, że jest tak jak jest. 
Cały czas, wszędzie widać wyidealizowany świat. 
Wszyscy piękni, uśmiechnięci, bez skazy, bez problemów. 
Patrzymy na to i dążymy do tego, bo myślimy, że to prawda.
NIE MA CZŁOWIEKA BEZ PROBLEMÓW
Przestań narzekać na swoje życie i zazdrościć innym. Doceniaj to co masz. Może w tym momencie ktoś z Twoich bliskich myśli, „CHCIAŁBYM ŻYĆ JAK ON” 
Bartek Krakowiak, Z buta do Maryi

WIARY, NADZIEI i MIŁOŚCI, na każdy dzień!

Do przesłuchania, nowo odkryte dzieło!
https://youtu.be/kQeMFVOzze8

Miłość i moc!
Aga

Wielka burza

30.01.2019r.

Pan skierował do Jonasza, syna Amittaja, te słowa:  «Wstań, idź do Niniwy* – wielkiego miasta – i upomnij ją, albowiem nieprawość jej dotarła przed moje oblicze». A Jonasz wstał, aby uciec do Tarszisz przed Panem. Zszedł do Jafy, znalazł okręt płynący do Tarszisz, uiścił należną opłatę i wsiadł na niego, by udać się nim do Tarszisz, daleko od Pana. 4 Ale Pan zesłał na morze gwałtowny wiatr, i powstała wielka burza na morzu, tak że okrętowi groziło rozbicie.
Jon 1,1-4

Chciałabym móc napisać o tym, że podczas mojego pobytu w Kaliszu poczułam, że otrzymałam potrzebne łaski, chciałabym… I zapewne dostałam, te które są mi niezbędne na ten czas, a nie, te których się spodziewałam. Bardzo ciężko jest to rozeznać. Pojechałam tam z ogromną niewiadomą, a wróciłam z jeszcze większą.
Podczas mojego pobytu tam, spędziłam możliwie najwięcej czasu przed Najświętszym Sakramentem, nakarmiłam się Jego obecnością, Jezus wypełnił miejsca, do których Go nie dopuszczałam. Niesamowitym uczuciem, jest móc zasnąć przy Nim, bardzo tęskniłam za tym doświadczeniem.  Zapewne są jeszcze we mnie strefy zamknięte, przez które się wzbraniam przed Nim, natomiast wiem, że On zna ich czas i „nie dopuści, bym pozostał w grobie”.  (Ps 16,10)

Pojechałam do Józefa w konkretnej sprawie (no może dwóch 🙂 ). Najbardziej zdezorientowało mnie, gdy po dwóch dniach mojego pobytu poczułam, jak diametralnie zmienia się cel mojej pielgrzymki. Weszłam do parafialnego sklepiku z dewocjonaliami w poszukiwaniu obrazków Świętej Rodziny z tegoż Sanktuarium św. Józefa. Rozpoczęłam rozmowę z przemiłą Panią sprzedawczynią. Zaproponowała mi kupno książki, o której jeszcze wspomnę, a także podarowała obrazki z prześlicznym wizerunkiem Maryi, jest to Płomień Miłości Niepokalanego Serca Maryi, przedstawiając historię i cel. „Matka Boża prosiła o rozpowszechnianie tej modlitwy na cały świat”.  Zatem poczułam wezwanie do odpowiedzialności. Nie do końca jeszcze wiem, o co chodzi, wzbraniam się przed chęcią zrozumienia, unikam kontaktu, mam ochotę uciec na koniec świata… w nadziei, że tam mnie nie znajdzie. Dokładnie tak samo jak Jonasz próbował zwiać do Niniwy.
Zaczynam się obawiać w oczekiwaniu na burzę, która może trochę mi namieszać. Ale na szczęście, to nie burzy obawiam się najbardziej. Obawiam się, że próbą wykręcenia się od Jego prośby stracę Jego zaufanie.  Przecież ja już mam swoje plany i decyzje, do których dążę. A każda zmiana napawa lękiem i niepewnością. Doskonale wiem, że On zna sposób, by je obejść i doprowadzić do skutku to, czego ode mnie oczekuje. Może i nie jest to nic wielkiego, może to tylko prośba po prostu o przekazanie obrazków dalej. Jednak Maryja już mnie trochę zna i wie, gdy zostaję do czegoś wezwana wchodzę w to cała, oddaję się maksymalnie.

  • Dlaczego nie chcę uszanować Jego decyzji? 
  • Dlaczego Boga postrzegam jako dyktatora?
  • I czego tak naprawdę się obawiam?

Mam ochotę przespać ten czas, przeczekać… obawiam się jednak, że czas mam ograniczony, a gdy nie podejmę się wyzwania, nie będzie owoców i utracą na tym niewinni ludzie.

Dodatkowo bardzo przeżywam w ostatnim czasie temat aborcji, o którym jest bardzo głośno. Nie będę się tu wypowiadać, ani rozpisywać o tym. Choć w głowie mi się to nie mieści i serce pęka. Po części ten wątek ma związek z moim pobytem w Kaliszu. Odpowiedzią na moje wołanie jest Płomień Miłości Niepokalanego Serca Maryi.

Przeczytałam zakupioną książkę „Różaniec uratuje ciebie i świat”, jest to świadectwo  śp. Anatola Kaszczuka (1912-2005). Człowieka, który założył m.in. Legiony Maryi w Polsce,  Oblężenia Jerycha, organizował również Kongresy Różańcowe na całym świecie. To jak Maryja objawiała swoją potęgę w jego życiu, dodaje mi wiary i nadziei, że może być jeszcze dobrze. Nie miałam pojęcia o tym, że istnieją takie wspólnoty, a co mówić dopiero czym one są. Maryja obdarowała go wyjątkową łaską zrozumienia potęgi Różańca Świętego. Jego niezwykłe życie jest znakiem, że nie ma takiego problemu osobistego, ani rangi światowej, którego nie dałoby się rozwiązać. Mimo, że miłość do Różańca narodziła się, gdy miał 33lata, zawsze czuł szczególną opiekę Maryi i do końca był Jej wierny. Bardzo mnie urzekło, jak bezgranicznie był oddany, i bezustannie poszukiwał swojego powołania: „Postanowiłem więc zrobić to, co mówi Stolica Mądrości, bez względu na to, czy rozumiem, czy nie. Nie muszę rozumieć, żeby wykonać rozkaz. Nie wiem, czy Matka Boża, mówiąc ‘Oto Ja Służebnica Pańska’, wiedziała, że będzie stała pod Krzyżem.” 

I to chyba to byłoby na tyle, gdyby nie fakt, że na drugi dzień po mojej wizycie w dewocjonaliach od członka Róż Różańcowych, do których należę (i trochę pomagam podczas administrowania) w prywatnej wiadomości dostałam link o Płomieniu Maryi <3. Przypadek?! Nie sądzę! Ale nie zdążyłam jeszcze zapoznać się do końca z jego treścią. http://www.duchprawdy.com/plomien_milosci_NSM.htm

Przypadek, to świeckie imię Ducha Świętego! ❤

Dlatego wiem, że pojawiający się lęk, ma pomóc spojrzeć z zupełnie innej perspektywy. Z przeświadczeniem, że Bóg patrzy na mnie i widzi więcej, rozumie bardziej czego w danym momencie potrzebuję najbardziej, że On pragnie zmiany mojego życia, bym odkrywała na nowo w Nim pełnię szczęścia i  zbawienia.

„Każde powołanie chrześcijańskie, jest historią niewymownego dialogu między Bogiem a człowiekiem, między miłością Boga, który wzywa, a człowieka, który z miłością Mu odpowiada.” Jan Paweł II

Pragnę podzielić się Koronką do Płomienia Miłości Niepokalanego Serca Maryi także z Tobą.
Jeśli masz pomysł w jaki sposób dotrzeć do większej ilości osób, proszę o kontakt.
Właśnie powstała grupa na facebooku:
https://www.facebook.com/groups/144115996509489/

Koronka do Płomienia Miłości Niepokalanego Serca Maryi

Na pamiątkę 5 Najświętszych Ran Pana Jezusa czynimy znak krzyża pięć razy:
W Imię Ojca i Syna i Ducha Św. Amen.

Na dużych paciorkach:
Pełne Boleści i Niepokalane Serce Maryi,
proś za nami, którzy się do Ciebie uciekamy.

Na małych paciorkach:
Matko ratuj nas, przez Płomień Miłości
Twojego Niepokalanego Serca!

Na zakończenie: (3x)
Chwała Ojcu i Synowi i Duchowi Świętemu,
jak była na początku, teraz i zawsze i na wieki wieków. Amen.

Matko Boża! – rozlej na całą ludzkość działanie Twojego Płomienia Miłości teraz i w godzinie śmierci naszej. Amen.

                               Miłość i Moc!
Aga!

do posłuchania:
https://youtu.be/Xb534F02zIU

Błogosławieństwo 😇

Agnieszko!
Bardzo się cieszę, że założyłaś tego bloga! Po pierwsze dlatego, że jest to przestrzeń w której możesz wyrazić siebie, swoją wiarę i wrażliwość, ubraną w słowa i fotografie (i Bóg wie co jeszcze)! Po drugie dlatego, że to wyrażanie siebie naturalnie staje się świadectwem. Szczerym, niewymuszonym, autentycznym opowiadaniem o Twoim spotkaniu z Wszechmocnym, o przeżywaniu życiowych radości i trudności w kontekście tego spotkania. Dzisiaj to opowiadanie jest bardzo potrzebne, chyba szczególnie, w szeroko pojętym „Internecie”.
Niech więc Pan Bóg Ci obficie błogosławi i pomnaża Twoje talenty! Niech Duch Święty ciągle zaskakuje Cię nowymi pomysłami i natchnieniami, a Matka Najświętsza niech Cię wspomaga swoją modlitwą.
To błogosławieństwo niech dociera również do Twoich czytelników. Niech czytając Twoje słowa, oglądając zdjęcia, odkrywają Tego, który jest Twoją Inspiracją, a to odkrywanie niech zachęca ich do poznawania Go i dzielenia się Nim, podobnie jak Ty.
Święty Paweł zachęca: „Czy jecie, czy pijecie (…) wszystko czyńcie na chwałę Bożą” (1Kor 10, 31)
Niech więc i w Twoim blogu zawsze objawia się Jego chwała!

o. Marcin Kowalewski CMF

O, bądź błogosławiona, święta samotności!

Jezu ufam Tobie, chociaż często nie rozumiem

18.01.2019

W dzisiejszym wpisie pragnę poruszyć rzeczywistość, którą pracuje we mnie bardzo intensywnie odkąd otrzymałam ogromną łaskę prawdziwej relacji z żywym Bogiem.  Wszystkie zdarzenia, sytuacje  w moim życiu są potwierdzeniem Jego obecności. Począwszy od zainteresowań czy pasji, pracy i znajomości, po minione relacje z mężczyznami. Na tych ostatnich się  skoncentruję.

Każdą relację z mężczyzną powierzam, w opiekę świętego Józefa (uwielbiam go!). Każda jest wyjątkowa, a zakończona prowokuje do dostrzegania dobra tam, gdzie po ludzku nie powinno go być.  Każda z nich uczy, by nie zaniżać poprzeczki własnych oczekiwań względem człowieka, z którym spędzę resztę życia, a nie tylko kilka przyjemnych chwil.

Te wszystkie po ludzku nieudane znajomości,  może i dużo zabrały, przyniosły mnóstwo cierpienia, rozgoryczenia, jednak łaska Boża jest ponad tym co rani. Proces odnalezienia na nowo siebie, za każdym razem pogłębia moje stosunki z Bogiem, przynosi jeszcze więcej owoców oraz oczekiwaną błogą radość.  Tak bardzo one kształtują moją wdzięczność względem Jego ingerencji w to, co moje i takie niedoskonałe.

  • Właściwie czym niezwykłym jest w dziękować, gdy dzieje się dobrze, a już szczególnie po naszej myśli?

Bóg  w tych nieodpowiednich znajomościach bezustannie upomina się o mnie. Wiem, że jest o mnie zazdrosny i nie pozwoli  trwać w znajomości, która nie wydaje owoców. Odkrywa kawałek po kawałku przede mną, moją własną godność i wartość. Ćwiczy we mnie cierpliwość, w oczekiwaniu na to, co dla mnie przygotował.  Jestem pełna wdzięczności za ten owocny czas świętej samotności, w której mogę zadbać o siebie, pielęgnując przy tym, bliskość z Najlepszym Przyjacielem na świecie.

„Bóg nigdy nie daje nam więcej niż potrafimy znieść”

Na chwałę Bożą – zgadzam się z cytatem powyżej. Jednak w momencie doświadczanego niepowodzenia, nie jest to takie oczywiste i proste do zaakceptowania sytuacji taką, jaka jest. Staram się podążając za świętym Józefem weryfikować moją reakcję, na gwałtowną ingerencję Boga, która mnie przerasta. Naturalną reakcją w każdej autentycznej relacji jest bunt, redukowanie niepożądanych skutków i przeczekanie.  A za ogromną łaskę nieba uważam, że pomimo tych nieporozumień mocno chwytam Jezusa za nogi, a w garści ściskam różaniec, pielęgnując więź z Maryją.

„Nie puszczę cię, dopóki mi nie pobłogosławisz!” (Rdz 32, 27b)

W związku z tym, pragnę dziś każdemu  mężczyźnie podziękować za doświadczenia, które mnie kształtują na lepszą wersję samej siebie 🙂 I tak całkiem serio… wierzę, że kiedyś mój przyszły mąż, będzie zbierał owoce (już dziś jemu zazdroszczę 😀 )

Modlitwa do św. Józefa

Święty Józefie, dziękuje Ci, że jeszcze nie wyszłam za mąż.
Święty Józefie, Ty wiesz w Bogu, kto ma być moim mężem, pomóż mi spotkać tego człowieka.
Święty Józefie, spraw, żeby to był dobry mąż, który będzie mnie kochał i szanował, jak Ty kochałeś i szanowałeś Maryję.
Święty Józefie, doprowadź do zerwania każdej znajomości, która nie podoba się Panu Bogu.
Święty Józefie, obiecuje Ci dochować czystości przed ślubem.
Święty Józefie, obiecuje dać pierwszemu mojemu dziecku przynajmniej jako drugie imię Józef(a).
Święty Józefie, obiecuję innym mówić, że tak dobrego męża (dobrą żonę) mam dzięki Tobie.
Amen!

Do posłuchania:

https://youtu.be/Xmb9BPgEEz0

Miłość i Moc!
Aga

C†M†B

Uroczystość Objawienia  Pańskiego

06.01.2019

„Ujrzeliśmy Jego gwiazdę na Wschodzie
i przybyliśmy oddać pokłon Panu” Mt 2,2b

Słowa Ewangelii z dzisiejszego dnia bardzo mocno we mnie pracują. Dlatego też publikuję ten wpis na kilka dni po tym wydarzeniu. To co mnie dotyka, to konkretnie dwie tak różne reakcje na wieść o Narodzeniu Pańskim.  Reakcja Heroda i całej Jerozolimy oraz reakcja Trzech Mędrców. I mogłoby się wydawać, że to ich uroczystość dziś obchodzimy, nic bardziej mylnego. Oni wskazują nam Dzieciątko Jezus. Potrzebę odnalezienia Go, pomimo niesprzyjających warunków i trudności z tym związanych, gdy cały świat mówi nam, że warto skupić się na sobie i swoich potrzebach. 
Do rzeczy.

„Gdy zaś Jezus narodził się w Betlejem w Judei za panowania króla Heroda, oto Mędrcy ze Wschodu przybyli do Jerozolimy  i pytali: «Gdzie jest nowo narodzony król żydowski? Ujrzeliśmy bowiem jego gwiazdę na Wschodzie i przybyliśmy oddać mu pokłon». Skoro to usłyszał król Herod, przeraził się, a z nim cała Jerozolima. Zebrał więc wszystkich arcykapłanów i uczonych ludu i wypytywał ich, gdzie ma się narodzić Mesjasz. Ci mu odpowiedzieli:
«W Betlejem judzkim, bo tak napisał Prorok…”

Mt 2, 1-12

Wiedza jest wspólnym mianownikiem tych postaci. Doskonale wiedzą, że ma się narodzić Mesjasz. Wyczekują Go od wieków.

Herod, uczeni w Piśmie i cały lud obawiają się tego co ma nastąpić (warto skupić uwagę na tym, że są oni odpowiednikiem naszych obecnych czasów, stanowią większość).  Jestem w stanie wyobrazić sobie ich lęk i strach. Są sytuacje, w których obawiam się obecności Jezusa. Tak bardzo czekam na to, aż pojawi się w tym moim bałaganie, a jednocześnie wstydzę się przyjąć Takiego Gościa, w takich warunkach. Często wydaje mi się, że nie jestem gotowa na to, by zamieszkał On w każdej sferze mojego życia. Obawiam się, że wywróci moje życie do góry nogami i przekształci moje plany. A wiadomo jaką frustrację ze sobą niesie, czyjeś wtrącanie się w nasze sprawy. Łapię się na tym, że każę Jemu czekać, wyznaczam czas na działanie, dopiero wtedy, gdy coś tam ogarnę, to Ty będziesz mógł wejść i zobaczyć jak świetnie sobie radzę.

  • Dlaczego nie potrafię zaufać temu, że Jezus pragnie mojego szczęścia, trochę na inny sposób, niż mi się wydaje być słusznym?
  • Dlaczego lękam się wprowadzić Boga do każdej sfery mojego życia, skoro jak dotąd mnie nie zawiódł?
  • Czy to nie jest tak, że moja samowystarczalność prowadzi do tego, by udowodnić Bogu jak świetnie daję sobie radę w ogarnianiu po swojemu?
  • I czy to nie jest tak, że to z kolei zaczyna dowodzić, że nie potrzebuję w tym moim „ja sama” obecności Boga?! (Uchroń mnie Panie od wszelkiej zarozumiałości!)

Trzej Mędrcy potrafili dużo poświęcić dla realizacji swojego celu. Włożyli wiele starań, by zdobyć wiedzę i mądrość. Jednak jest coś co różni ich od Heroda i uczonych w Piśmie. Czekają na znak, który wezwie ich do działania, są na to gotowi, co oznacza, że ich relacja z Bogiem była bardzo głęboka. Wyruszyli w niepewną i długą podróż, nie mając wystarczającej ilości wskazówek. A w czasie podróży do celu nie wstydzili się swojej niewiedzy, lecz szukali pomocy u innych ludzi.

  • Czy potrafię przyznać się do swojej niewiedzy?
  • Czy jednak za wszelką cenę muszę udowadniać swojej nieomylności?

W przypadku Heroda i reszty Jerozolimy, to lęk i obawy przejęły nad nimi kontrolę. Sparaliżowała ich ta nowina. Nie byli gotowi. Nie byli w stanie uniżyć się przed Dzieciątkiem Jezus, przyznać się do swoich słabości, błędów, występków i w konsekwencji dopuścili się rzezi niewiniątek. Rządza i pragnienie ogarniania rzeczywistości po swojemu, były silniejsze. Ulegli grzechowi. Wiedza, że ma się narodzić Mesjasz jest wszystkim co posiadają. Zabrakło im otwartości serca, która pobudziłaby ich do działania.

„Kropla miłości znaczy więcej, niż ocean rozumu.”
Blaise Pascal

Jakże często to, co wydaje się być słusznym, w oczach Boga jest pyłem. Doskonałym przykładem na potwierdzenie tych słów, są właśnie narodziny Jezusa w stajni. Na samą myśl o wejściu, choć na chwilę do obory pełnej zwierząt, odchodów, brudu wykrzywiam twarz i wstrzymuję oddech. Józef i Maryja jadąc do Betlejem nie spodziewali się takiego obrotu sprawy. Sądzę, że oboje liczyli na to, że zdążą wrócić do domu, by Maryja mogła w godnych warunkach urodzić Jezusa. Okazuje się jednak, że w Bożych oczach planowanie wygląda zupełnie inaczej – Jezus rodzi się podczas podróży, w drodze, w momentach, w których kompletnie nie jesteśmy na to gotowi. To Bóg dokonuje wyboru czasu i miejsca i zwyczajnie wkracza. „Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego” Łk 1,37. On wybiera odpowiednią porę, najlepiej wie kiedy działać i nawet, gdy zupełnie się tego nie spodziewamy może wylać wiadro łaski.

To do mnie należy wybór, z kim chcę się utożsamić w rozważanej Ewangelii. Zdecydowanie ode mnie zależy, czy zgodzę się poświęcić trochę więcej czasu na spotkanie z Nim. To w uniżeniu mojego serca i sumienia znajdę ukojenie. Wywyższanie się nigdy nie przynosi pokoju ducha, którego poszukuję. Zawsze rodzi niepokój i pragnienie posiadania więcej. Nie pozwala cieszyć się tym co mam, jaka jestem.

 Trzej Mędrcy nie poprzestali tylko na swojej wiedzy. Pragnęli z głębi serca ukłonić się Mesjaszowi. Szukali Go. Poświęcili swój czas na podążanie za gwiazdą, która miała ich poprowadzić nie na szczyty kariery i spełnienia, a do lichej stajenki. Mieli tam spotkać dziecko. Pokłonić się. Podarować to, co ze sobą mieli. Wrócić do swoich obowiązków, do domu.  Ależ absurd! Nonsens dla dzisiejszego świata. Bo gdzie zysk z całej tej historii dla nich samych?!

  • Czy właśnie celowo, tylko tego zysku dziś oczekuję z relacji z Bogiem?
  • Czy potrafię w swoim sercu doszukać pragnienia Jego obecności bez zysku?
  • Na czym polega ta bezinteresowna miłość, której nie potrafię zrozumieć?
  • I jak mam się jej nauczyć, skoro zawsze musiałam wybierać pomiędzy musisz to zrobić, albo licz się z odrzuceniem?!

Zanieśmy Jezusowi wraz z Mędrcami , to co należy się Królowi:

  • Złoto – pierwsze miejsce należy oddać Panu Bogu.
  • Kadzidło – wskazuje, że modlitwa zwraca uwagę, że aby wydać woń powinna „spalać” ona trochę naszego czasu.
  • Mirra – wskazuje na potrzebę troski o ciało doświadczone cierpieniem. Drogocenne dla Boga jest miłosierdzie i bezinteresowność.

Niech WIARA, uczy nieustannie zachowania potrzebnej czujności w relacji z Bogiem.
NADZIEJA, nauczy dostrzegania drobnych znaków, które nas poprowadzą.
MIŁOŚĆ, pomoże nam dostrzec, że nawet docierając do celu i spełniając misję powinniśmy zachować wrażliwość na drobne poruszenia.

Do posłuchania:
https://www.youtube.com/watch?v=c89wY2dNFeQ

C†M†B

Christus mansionem benedicat 
„Niech Chrystus błogosławi temu domowi”

Miłość i moc!
Aga

Błogosławiona niemoc!

27.12.2018

”Błogosław, duszo moja, Pana, i
nie zapominaj o wszystkich Jego dobrodziejstwach!
On odpuszcza wszystkie twoje winy, On leczy
wszystkie twe niemoce, On życie twoje wybawia od zguby,
On wieńczy cię łaską i zmiłowaniem, On twoje dni
nasyca dobrami: odnawia się młodość twoja jak orła.”
(Ps 103, 2-5)

49237476_278670452849610_6380315007883673600_n

Człowiek nie jest idealny, a bycie katolikiem nie daje mi przywileju do bycia idealną. Bycie katolikiem daje mi przywilej, w dążeniu do świętości. W całej historii naszego zbawienia dane zostało nam tyle przykładów, jak to Apostołowie Jezusa, czy rzesze świętych miewali słabości. Jako przykład: Judasz był złodziejem, Maria Magdalena była prostytutką. I co dalej?

Czy te moje są inne, gorsze niż te, którym oni ulegali? Za każdym razem, gdy moja nieuzasadniona gwałtowność przejmuję nade mną kontrolę mam ochotę zapaść się pod ziemię. I gdy z pychą w sercu pragnę udowodnić, że ktoś się myli. Jakim prawem oceniam, nie wiedząc kompletnie jaką właśnie drugi toczy walkę?

„Ucz się cierpliwości w znoszeniu cudzych wad i słabości,
bo ty także masz ich wiele, a inni muszą się z tym godzić. „
(Tomasz à Kempis „O naśladowaniu Chrystusa”)

Jaką drogę w związku z tym obrał Judasz? Nie potrafił przyznać się do swojej niemocy, to ona nad nim miała władzę. Jak zatem traktował przebywanie w obecności Jezusa? Nie pozwolił, by Jezus go uwolnił, chciał być samowystarczalny. We własnej niemocy targnął się na swoje życie.
A co zrobiła Maria Magdalena, uniżyła się przed Jezusem, On ją uwolnił. Jedyne czego wymagał od niej Jezus, by tego więcej nie czyniła.

Wierzę, że jej podążanie za Jezusem dało i nadal daje nadzieję tym, którzy już jej nie widzą.

Gdy mam świadomość, że moja niemoc jest i czyni krzywdę nie tylko innym, ale i sobie samej, tym więcej potrzeba mi łaski. Na pewno nie raz się potknę, ale wiedząc co robić dalej nauczę się wreszcie dziękować za te trudne doświadczenia.
Tylko ode mnie zależy co z tym dalej zrobię. Czy potrafię przyznać się do błędu i skonfrontować go przed samą sobą, przed bliźnim? Czy wolę to wszystko załatwić po swojemu? 

„lecz [Pan] mi powiedział: Wystarczy ci mojej łaski. Moc bowiem w słabości się doskonali. Najchętniej więc będę się chlubił z moich słabości, aby zamieszkała we mnie moc Chrystusa.”
(2 Kor 12, 9)

Czy teraz uzasadnione jest pogrążenie się w smutku? Dlaczego tak często ta jedna niemoc ma siłę i pogrąża mnie w rozgoryczeniu, zasłaniając tysiące mniejszych i większych radości? Dlaczego w ogóle skupiam się wtedy tylko na tym, co we mnie niedomaga, nie radując się z tego ile dotąd zdołałam w sobie wypracować?! 

Dlaczego tak mało rozmawiam o tym ze swoim Adwokatem, a tak często wdaje się w niepotrzebną pyskówkę z prokuratorami w mojej głowie, obrzucających argumentami, których nie jest zadaniem dać zrozumienie i wyczekiwany pokój serca (których i tak nigdy nie potrafię podważyć), a upewnić mnie w tym, jak słaba jestem i dać poczucie beznadziei. Beznadzieja zaś odbiera nadzieję. W taki sposób zataczam się w kręgu.

Czy zapraszam Jezusa, by pobłogosławił moje niedomaganie, moje upadki? Czy daję Jemu szansę, aby uczynił z tego coś pięknego? Kiedy nauczę się dziękować za ten trud, który ma przynosić owoce? Choć dziś zamykam na to oczy i serce, On ma moc przemienić wszystko w dobro!

Mam świadomość, że z tego błędnego koła jest tylko jedno wyjście. Wyjściem tym jest:
WIARA, w to, że Bóg i tym razem „z tego gnoju, chce stworzyć pożyteczny nawóz” (Robert Friedrich).
NADZIEJA, która nigdy nie umiera.
MIŁOŚĆ do siebie samej, którą wypełnia Boża miłość.

Tatusiu, pragnę nauczyć się te trudne doświadczenia obrócić w błogosławieństwo, które pociągną do Ciebie rzesze.
Mój Boże, daj mi łaskę zrozumienia tego co niezrozumiałe.
Ufam, że Ty masz w tym większy zamysł, większy niż ja zdołam ogarnąć to umysłem.
Daj łaskę radowania się, gdy po ludzku nie jest to możliwe.
Przyjdź i przytul.
Nie mów nic.
Tylko bądź.

Życzę Wam Kochani i sobie, by ten Psalm towarzyszył zawsze w chwilach słabości!

„Stawiam sobie zawsze Pana przed oczy,
nie zachwieję się, bo On jest po mojej prawicy”.
( Ps 16, 8)

Do posłuchania:
https://www.youtube.com/watch?v=LLv7Pu98Jp0

Miłość i moc!
Aga


3 Niedziela Adwentu

16.12.2018

GAUDETE/ Niedziela Radości

„Niech będzie znana wszystkim ludziom wasza wyrozumiała łagodność: Pan jest blisko!” (Flp 4,5)

48394204_1944113555892404_4200426127988097024_n

W tym moim zabieganiu i wszystkich troskach, zapominam czasami, że zbliżam się do dnia Narodzenia Pańskiego. Tak często daję się wkręcić i częściej przypominać sobie w ciągu dnia o tych, którzy mnie skrzywdzili, niż o Tym, Który zawsze (!!!) przynosi mi pokój serca.

A przecież tyle radości sprawia mi fakt, że każdego roku o tej samej porze Bóg przypomina o sobie, o swoim istnieniu. Zachwyca mnie to, że każdego roku w zupełnie inny sposób, przeżywam to wydarzenie. Jezus zachęca do tego, by częściej niż tylko raz do roku wyczekiwać Jego narodzin. Pragnie rodzić się w moim sercu, gdy widzę młodego człowieka modlącego się w metrze na różańcu, gdy tańczę i śpiewam z radości, po powrocie z pracy, gdy zdążę na autobus choć nie było takiej szansy, gdy pada śnieg, gdy mróz błyszczy jakby ktoś wysypał tonę brokatu.

Często jednak odnoszę wrażenie, że o wiele trudniej jest mi wyczekiwać Jego narodzin, gdy w sercu ból i rozgoryczenie, gdy wrzeszczę przez łzy, pytając: dlaczego się tak dzieje? co mam z tej lekcji dla siebie wyciągnąć? ile razy jeszcze mam oberwać, by się wreszcie nauczyć?

Wierzę, że On ma w tym swoje zamiary wobec mnie. Mimo buntu, ufam i mam nadzieję, że wydobędzie z tego dobro. Aż w końcu wzbudzi we mnie miłość. Nie tylko miłość wobec bliźniego, bo do tego czasami nie potrzeba wysiłku, ale miłość do siebie samej.

Drugie Przykazanie Miłości brzmi: ”Będziesz miłował swego bliźniego JAK SIEBIE SAMEGO. Nie ma innego przykazania większego od tych”. (Mk 12, 28-31)

Dlatego też mam mocne przeświadczenie, że to co aktualnie przeżywam ma na celu przybliżyć mnie do Jego obecności jeszcze bardziej i jeszcze mocniej. Że nie jest obojętny na moje troski, a chce pokazać, że zgubnym jest pokładanie ufności w człowieku. I po raz tysięczny w tym roku przypomina, by swój wzrok i swoje myśli kierować ku Niemu.

Ale jak to się ma do Bożego Narodzenia, które lada moment będziemy świętować?! To, że jak?! Niby moje samopoczucie ma wpływ na Narodziny Jezusa?! W historycznym ujęciu, nie. Dokonało się to ponad 2000 lat temu. A w ujęciu mojej własnej duchowości owszem.  Nie tylko mojej własnej, ale i moich bliskich, tych którzy mnie otaczają z każdej strony. Za chwilę się zacznie (jeśli już się nie zaczęło) zatruwanie atmosfery: nie zdążę upiec ciasta, nie popakowane prezenty, kto ubierze choinkę, żeby nie zapomnieć umyć okien, ciekawe gdzie te światełka, oby ten bigos się nie zepsuł, nikt mi nie pomaga, ten kurier miał być trzy dni temu, ta kasjerka w sklepie ma chyba muchy w nosie… ten cholerny perfekcjonizm zabija nie tylko nas, ale i tych, których kochamy, których spotykamy każdego dnia. Zagęszczone złymi emocjami przygotowania świąteczne, będą niosły złość i frustracje, choćby udało się zrealizować wszystko tak jak to sobie zaplanowaliśmy.

„A stanąwszy przy Nim, rzekła: «Panie, czy Ci to obojętne, że moja siostra zostawiła mnie samą przy usługiwaniu? Powiedz jej, żeby mi pomogła». A Pan jej odpowiedział: «Marto, Marto, martwisz się i niepokoisz o wiele, a potrzeba mało albo tylko jednego. Maria obrała najlepszą cząstkę, której nie będzie pozbawiona»”. (Łk 10,38-42)

Czy teraz właśnie potrafię zrozumieć zapatrzenie Marii w Jezusa, a może to w Marcie odnajduję siebie i swoje zatroskanie? Ile czasu poświęcam dla Jezusa, a ile na bieganie po sklepach, czy utrzymuję chociażby równowagę? Jak przeżywam Adwent? A spowiedź? Rekolekcje? Co robię, by to były święta Bożego Narodzenia, a nie tylko kawałek magicznej tradycji? Naprawdę tylko ode mnie zależy, czy z wiarą będę śpiewać „Bóg się rodzi”, oczekując poruszenia serca, czy będą to tylko puste słowa.

Jeszcze mam chwilę na refleksje. Na to, by zadbać o swoje wnętrze. By móc powiedzieć z pokojem w sercu, zrobiłam wszystko, by Bóg się narodził. Z pewnością nie raz i nie dwa noga mi się podwinie, ale staram się, mam świadomość, że mi nie wyszło i wiem, w której sferze swojego życia muszę jeszcze popracować. A to podobno połowa sukcesu. Tylko ode mnie zależy, czy Jezus narodzi się w moim sercu, czy przygotuję dla Niego miejsce w stajence swojego serca.

„Nawet, jeśli wydaje ci się, że narobiłeś w swoim życiu tyle gnoju… pamiętaj, że, gnój to bardzo dobry nawóz, piękne rzeczy mogą na nim wyrosnąć. Czasem musimy doświadczyć swojej niemocy, upadku i bankructwa, bo móc zobaczyć, że Bóg naprawdę ze śmierci robi życie, z gnoju robi nawóz, z niczego robi coś, z wody robi wino.” (Robert Friedrich „Litza”)

Bracie i Siostro! Do dzieła! Robimy porządki w naszych duszach!

„Niech będzie znana wszystkim ludziom wasza wyrozumiała łagodność: Pan jest blisko!” (Flp 4,5)

Tej „wyrozumiałej łagodności” życzę tobie i sobie szczególnie w tym Okresie Adwentu i szaleństwa przedświątecznego.

Podsyłam Antka 🙂
https://www.youtube.com/watch?v=FaLW3XhDydo


Miłość i Moc!
Aga